KUCHNIA SURVIVALOWA | RECENZJA

Patrząc na tytuł książki nadesłanej przez wydawnictwo Pascal, byłem lekko zaniepokojony. „Kuchnia survivalowa”- przed oczami natychmiast wylądował mi słynny fragment „Szkoły przetrwania”, w którym Bear Grylls rozgryza olbrzymią larwę, a jej wnętrzności bryzgają na ekran… i jeszcze ten, w którym wyciska wodę ze słoniowego klocka (uwielbiam tę serię, poważnie).

Książka opasła nie jest. Chwila wystarczyła na to, żeby obalić ją od deski do deski i zorientować się, że skondensowano w niej całkiem sporo wiedzy. Pytanie tylko, czy przydatnej, tak samo jak porady Beara ;) Otóż tak i nie. Z jednej strony dostajemy praktyczny i szczegółowy poradnik, z którego dowiemy się jak zbudować łuk ogniowy i w jaki sposób przyrządzać zdobyte w lesie pożywienie, z drugiej zalani jesteśmy masą informacji – moim zdaniem – kompletnie nieprzydatnych. Mam tutaj na myśli opisy pieczenia podpłomyków z półproduktów przyniesionych z domu, plecenia koszyków i sprawiania zwierzyny.

Na uwagę zasługują niewielkie wymiary książki oraz zaokrąglone rogi. Bez problemu można spakować ją do plecaka.

Survival wiąże się z sytuacją kryzysową (zabłądzenie, nagłe załamanie pogody, choroby itd.), którą musimy przetrwać, zdani wyłącznie na siebie. W takim położeniu nie mamy przy sobie kilograma mąki, a głowę zaprzątają nam ważniejsze sprawy niż plecenie koszyka z trawy .

Błądząc trzeci dzień w Norweskiej głuszy, z ostatnim snickersem jako żelazną racją, nie miałem sił na nic poza marszem. Deficyt kaloryczny był na tyle duży, że nawet gdybym miał przy sobie samopowtarzalnego mossberga to nie byłbym w stanie trafić dinozaura z odległości kilku metrów.

Teraz wyobraźmy sobie optymistyczną wersję scenariusza: Jestem w pełni sił, mam ze sobą sprzęt myśliwski i potrafię go obsługiwać. Nie mam czasu na tropienie, ale szczęśliwie wielki odyniec sam włazi mi pod lufę. Oddaję celny strzał, prosto na komorę. Co robię w dalszej kolejności? Zabieram się za precyzyjną obróbkę? Oczywiście, że nie. Zabawa w skórowanie, patroszenie itd. to tylko niepotrzebna strata sił i czasu. Muszę ruszać w dalszą drogę, a więc najrozsądniej jest wyciąć jeden, słuszny kawał mięsa, pociąć na paski i w przerwie na nocleg uwędzić nad dymem. Przecież nie wezmę na plecy całego świniaka.

W żadnym wypadku nie umniejszam tutaj wiedzy autorów. Zwracam jedynie uwagę na to, że książka jest skierowana głównie do bushcraftowców, którzy ponad walkę z trudnymi warunkami przedkładają spokojne bytowanie w lesie i szkolenie się w pierwotnych technikach rzemieślniczych.

Nie oznacza to jednak, że w książce nie znajdziemy porad typowo survivalowych. W trakcie lektury dowiedziałem się, że chmiel, używany przeze mnie jako podpałka, wykształca na jesień jadalne korzenie. Jest to informacja niezwykle przydatna, szczególnie zimą, kiedy ciężko o pożywienie w terenie. Wystarczy w przerwach od marszu nakopać korzeni i wieczorem upiec je w odgarniętym z ogniska żarze. Chmiel to charakterystyczna ze względu na swoje szyszki roślina. Prezentowałem ją parę lat temu w odcinku o rozpalaniu ognia. Przy okazji warto wspomnieć, że wszystkie omawiane w książce okazy zaprezentowano na ostatnich stronach w formie kolorowych zdjęć.

Metoda pieczenie w żarze jest wyjątkowo skuteczna. W „Kuchni survivalowej” sporo miejsca poświęcono przepisom bazującym właśnie na niej. Kiedyś w podobny sposób upiekłem ślimaka winniczka.

Pękająca skorupka to znak, że ślimak jest już gotowy.

Rzecz jasna, do wytworzenia żaru potrzebujemy ognia. Do jego rozpalenia posłużyć może dołączony do książki gruby rzemień. Idealnie nada się na cięciwę do łuku ogniowego.

„Kuchnię survivalową” szczerze polecam wszystkim aktywnie uprawiającym bushcraft. Pozostali outdoorowcy również znajdą w niej kilka ciekawych informacji. Należy jednak wyraźnie zaznaczyć, że książka jest skierowana przede wszystkim do osób przedkładających bytowanie w terenie nad ciągły marsz i żywienie się w nieustannym pośpiechu.

 

Dodaj komentarz