DZIK – BESTIA Z LASU

Dzik we wspomnieniach z dzieciństwa (pewnie nie tylko moich) jawił się jako symbol wszystkiego co złe. Istny diabeł gór i lasów. Wyprawa poza dom wymagała wyposażenia się w tonę uzbrojenia, które zapewniało możliwość walki z bestią, gdyby ta postanowiła nas zeżreć. Każdy łepek z podstawówki słyszał wtedy historie o ćwiartowaniu ludzkich zwłok i rzucaniu ich świniom na pożarcie, aby zatuszować zbrodnię.

Skoro więc cywilizowanym świniom smakowali ludzie, to tym bardziej ich dzikim pobratymcom. Rodzice straszyli dzikami dzieci rozrabiające na spacerze. Myśliwi z kolei przerzucali się opowieściami o co raz to większych odyńcach, którym stawili czoła w epickim boju na śmierć i życie. Wniosek wypływał z tego jeden. Dzik to krwiożercze monstrum zamieszkujące najmroczniejsze zakamarki lasu, polujące na ludzi, siejąc w ich sercach paraliżujący strach.

Do dziś pamiętam naszą twierdzę w sercu lasu. Wały usypane z ziemi i gałęzi, oplecione jeżynami- naturalnym substytutem drutu kolczastego. Wewnątrz szałasy, a w nich cały arsenał. Łuki, siekiery, nawet tarcze i miecze. Wszystko na wypadek konieczności odparcia zmasowanego ataku armii dzikich świń.

Przełom w postrzeganiu przez nas tych sympatycznych zwierzaków nastąpił wraz z pierwszym spotkaniem.

Było słoneczne popołudnie. Siedzieliśmy na zwalonym pniu, pośrodku brzozowego lasu. Nieuzbrojeni, z dala od naszych okopów.

– Dzik – wyszeptał Michał, zamierając w bezruchu.

Obróciłem się i ujrzałem całą rodzinkę świniaków. Na przedzie odyniec, za nim trzy warchlaki, a na końcu locha. Jak powszechnie wiadomo locha + warchlaki = pewna śmierć. Zdążyłem tylko krzyknąć.

– Locha z młodymi!

Kazik w tym czasie robił już życiówkę w biegach przełajowych i powoli znikał za horyzontem. Zerwaliśmy się za nim, nie oglądając się za siebie. Niespodziewanie plecak Michała, mając gdzieś prawa fizyki, przeleciał mu nad głową, zmuszając go do awaryjnego lądowania twarzą w ściółce.

Zamarłem, stając przed największym wyborem moralnym życia. Zostać i osłaniać kompana, czy ratować własną skórę. Postanowiłem się zatrzymać i wtedy to zobaczyłem. Dziki spłoszone, uciekały w przeciwnym kierunku! Mit leśnej bestii w jednej chwili legł w gruzach.

W późniejszych latach wielokrotnie spotykałem na swojej drodze te pocieszne zwierzaki. W lasach i górach prawie zawsze schodziły mi z drogi, czasem tylko parskając złowieszczo spośród gęstych zarośli. Jeden z nas miał nawet na podwórku małego dzika, który sam przypałętał się do wsi. Zachowywał się jak pies.

Nie taki dzik straszny, jak go malują.

Dodaj komentarz